RZUTZA3.PL EUROPEJSKIE ROZGRYWKIJEDNI-JUZ-PO-A-DRUDZY-JESZCZE-W-TRAKCIE-ANALIZA-POLSKICH-DRUZYN-W-EUROPIE

Jedni już po, a drudzy jeszcze w trakcie - analiza polskich drużyn w Europie

29/12/2024 18:07
Andrzej Romański/plk.pl

Rozgrywki krajowe to coś co elektryzuje fanów z całej Polski, to walka na całego od pierwszej do ostatniej kolejki, nikt nie odpuszcza kroku. Najlepsi w kraju rywalizują na różnych szczeblach w Europie. To głównie dla międzynarodowych rozgrywek przychodzą do klubów zagraniczne gwiazdy naszej ligi, więc warto w nich grać. Jednak odmiennie niż w Orlen Basket Lidze nie każdy dąży tu końcowej wygranej. Są to dla niektórych mecze na przetarcie przed ważnym meczem w lidze, szansa dla mniej grających zawodników na udowodnienie swojej wartości czy też po prostu kolejne dni meczowe, dzięki którym klub zarabia choćby ze sprzedaży biletów. Bywają jednak takie przypadki, gdy polska drużyna walczy o zwycięstwo w całych rozgrywkach, na razie są to zawody niższej rangi takie jak: FIBA Europe Cup czy ENBL, ale jest to jakiś fundament.

W obecnym sezonie mieliśmy 7 drużyn, które reprezentowały nas na arenie międzynarodowej. Zgodnie z prestiżem rozgrywek były to: Trefl, King, Śląsk, Anwil, Spójnia, Legia i Dziki. Przeanalizujmy zatem jak sobie te ekipy poradziły.

Sopocki Trefl po olbrzymim sukcesie w postaci zdobycia Mistrzostwa Polski zawitał w progi EuroCupu czyli drugich najlepszych rozgrywek w Europie. Od początku wiadomo było, że będą to mecze z bardzo jakościowymi drużynami, które w swoich rotacjach mają postacie ex-NBA. Celem było jak najlepsze pokazanie się na arenie międzynarodowej i wygranie kilku meczów. Początek był wyśmienity, w domowym starciu z Ratiopharmem Ulm Żółto-Czarni długo utrzymywali kontrolę nad spotkaniem i świetnie się czuli na parkiecie, ulegli jednak niemieckiemu zespołowi po dogrywce. Później było już coraz gorzej, choć trzeba przyznać, że drużyna Żana Tabaka w większości meczów dotrzymywała kroku rywalom. Kibicom z Trójmiasta pozostaje jedynie nadzieja na wygranie pierwszego meczu w rozgrywkach, najbliższa okazja to mecz 2 stycznia w Ergo Arenie z Buducnostem Podgorica.

King Szczecin koncertowo zaprzepaścił szansę na tytuł Mistrza Polski przegrywając serię z Trefem wcześniej prowadząc 3-1 i mając atut własnej hali. Szczecinianie drugi rok z rzędu podeszli do rozgrywek Champions League i po niezłym występie w zeszłym sezonie liczyli na wyjście z grupy w obecnym. Skład wydawał się być optymalny by walczyć o takie cele, a grupa nie najtrudniejsza. 1 kolejka już zapaliła kibicom w Szczecinie żółtą alarmową lampkę, bowiem wtedy zespół trenera Arkadiusza Miłoszewskiego po bezbarwnej grze uległ tureckiemu Petkim Sporowi, wszyscy jednak liczyli, że kolejne mecze przyniosą zwycięstwa. Tak się jednak nie stało, a kontuzje liderów czy zmiany w składzie w tym nie pomogły. King wyglądał na drużynę pogodzoną z losem i bez woli walki.

Drugim polskim zespołem, który uzyskał możliwość gry w BCL był Śląsk Wrocław. Zespół z Dolnego Śląska w minionej kampanii 3 razy zmieniał trenera, nie trafił z obcokrajowcami i męczył się we wszystkich rozgrywkach. Wiosną Miodrag Rajković jednak tak to poukładał, że Śląsk pokonał Spójnie w meczu o brąz i mógł przystąpić do meczów Ligi Mistrzów. Grupa podobnie jak w przypadku Kinga nie wydawała się nadzwyczaj trudna i można było oczekiwać wyjścia z niej , jednak prezes klubu Michał Lizak i osoby decyzyjne w procesie budowy składu chyba nie trafiły najlepiej z doborem ról i graczy do drużyny. Trzeba przyznać mimo tego, że Śląsk wygrał Superpuchar Polski w tym składzie. Ten sukces nie poniósł koszykarzy ze stolicy Dolnego Śląska do triumfów w BCL. Śląskowi brakowało lidera i twardości pod koszem, co przełożyła się na porażki. Kres temu zadała zmiana trenera na Macedończyka Aleksandara Joncevskiego, który odbudował pewność siebie u zawodników i wspólnie ze swoim sztabem sprawił, że Śląsk wygrał wyjazdowe starcie z węgierską drużyną Falco Szombathely. Można więc powiedzieć, że po wpadce z doborem składu WKS zrobił to co mógł – wygrał mecz i uratował honor polskich drużyn w Europie.

Perspektywa polskiego kibica z pewnością była odmienna w przypadku Anwilu Włocławek i jego gry w FIBA Europe Cup. Bronisław Wawrzyńczuk czyli konsultant ds. sportowych klubu wraz z trenerem Selcukiem Ernakiem ułożył mocną drużynę, która ego ma głęboko w kieszeni, a liderem co cieszy jest Polak Michał Michalak, do tego może imponować praca z juniorami czego przykładem są bardzo pozytywne występy 17-letniegio Bartosza Łazarskiego. To wszystko sprawiło, że Anwil mógł myśleć o ponownym wygraniu FEC(zrobił to w 2023 roku). Pierwsza faza grupowa była formalnością i pomimo porażek z włoskim Sassari kibice we Włocławku byli zadowoleni ze swojej ekipy. Teraz w drugiej rundzie grupowej Rotweilery mierzą się z:Ludwigsburgiem z Niemiec, szwajcarskim Fryburgiem i belgijskim Charleroi. Po dwóch porażkach Anwil zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, lecz po Nowym Roku rozegra jeszcze 4 mecze, które mogą przynieść wszystkim dużą radość. Z pewnością ten zespół ma na to skład i potencjał.

Po dużym sukcesie i zajęciu 4 miejsca w zeszłorocznych play-off Spójnia Stargard przystąpiła do rozgrywek FIBA Europe Cup. Celem drużyny w tych rozgrywkach było pokazanie się z jak najlepszej strony i przejście pierwszej fazy grupowej. Przyszli ciekawi zawodnicy zagraniczni tacy jak Luther Muhammad czy Ta’lon Cooper, a opieką trenerską zajął się renomowany szkoleniowec Andrej Urlep. Po udanym okresie przygotowawczym należało się spodziewać, że Spójnia zrealizuje postawione przed sobą wyzwania. Tak się jednak nie stało i mimo niezłej gry Stargardzianie z bilansem 3-3 zajęli 3 miejsce w grupie tym samym odpadając z rozgrywek(zadecydował bilans małych punktów z rumuńską drużyną Arges Pitesti). Wydaje się, że tej drużynie brakowało polskiej rotacji, większość punktów zdobywali Amerykanie: Cooper i Muhammad, a gdy ich brakowało nie miał kto przejąć przysłowiowej pałeczki. Teraz Spójnia nie musi tracić energii na dodatkowe wyjazdy i spotkania, może się skupić na walce o najwyższe cele w Orlen Basket Lidze.

Podrażnieni po porażce w ćwierćfinale play-off z Kingiem Szczecin do nowego sezonu podeszli Legioniści. Działaczom klubu udało się załatwić uczestnictwo drużyny w lidze regionalnej ENBL. Celem zespołu w tych meczach jak sam przyznał w rozmowie z nami jej zawodnik Dominik Grudziński jest możliwość odbudowania się dla zawodników, którzy mniej lub gorzej grają w lidze. Oczywiście kibice zespołu i po części pewnie też sami zawodnicy mierzą w końcowy triumf, bowiem udawało się to wcześniej też innym polskim drużynom takim jak: Stali Ostrów czy Anwilowi Włocławek. Zieloni Kanonierzy swoje zadanie spełniają w tych rozgrywkach, grają ofensywnie i z pomysłem. Trener Skelin mocno rotuje składem. Zdarzyły im się jednak 2 porażki(Inter Bratysława i Bamberg Baskets), niemniej jednak mają już pewny awans do dalszej fazy rozgrywek.

Drugim zespołem rywalizującym w lidze regionalnej ENBL są Dziki Warszawa. Drużyną grającą na Hali Koło jest bardzo młoda organizacja i po raz pierwszy w historii klubu rywalizuje na szczeblu międzynarodowym. Co zrozumiałe dopiero się oswaja i nie stawiała sobie wygórowanych celów przed startem potyczek. Mimo tego podopieczni Krzysztofa Szablowskiego dzielnie walczą i pokazują ciekawy basket. Są ofensywni, praktycznie wszyscy gracze dobrze się spisują. Przed nimi jeszcze dwa mecze do rozegrania, rywalami będą bułgarski Spartak Pleven i łotewska Valmiera, póki co koszykarze ze stolicy są na 3 miejscu w grupie co zapewnia awans do dalszej fazy. Muszą jednak utrzymać koncentrację, bowiem za ich plecami czai się czeska Opawa, która też ma chrapkę na awans. Dziki są jednak odnosząc się do terminologii motoryzacyjnej na pole position.